Polski mistrz złego smaku
Marek Piestrak – reżyser, którego powołanie do wykonywania zawodu, pomimo kilku zrealizowanych filmów kinowych, wciąż pozostaje kwestią otwartą. Twórca Wilczycy nigdy nie miał ambicji kultywowania artystycznego kina o sprawach dla narodu doniosłych (tak, jak to mieli w zwyczaju polscy twórcy na przestrzeni całej historii naszej kinematografii). Piestrak wybrał inny kierunek. Zaczął na rodzimy grunt przeszczepiać konwencje gatunkowe rodem z Hollywood i wpisywać je w polskie realia. W jego filmografii znajduje się i horror, i film science fiction, a nawet produkcja przygodowa. Taki rozstrzał gatunkowy wcale nie oznacza, że ten reżyser odnajduje się w każdej konwencji. Dość powiedzieć, że nie udaje mu się zrealizować sprawnie filmu w żadnej z nich. Jeszcze jego Test Pilota Pirxa na podstawie Stanisława Lema miał jakieś symptomy panowania nad filmowym materiałem, lecz jego kolejne produkcje z Wilczycą, jej sequelem, Klątwą Doliny Węży oraz Łzą Księcia Ciemności już nie. Przeszczepienie gatunkowych konwencji okazało się nie być prostą sprawą i w efekcie doprowadziło do powstania unikatowych w skali całego świata obrazów rozpieranych przez kotłujące się w nich niedorzeczności, nieprawidłowości i zwyczajną głupotę. Nie przeszkodziło im to zebrać, co niestrudzenie podkreśla w wywiadach reżyser, pokaźnej widowni. Dla przykładu Wilczycę obejrzało ponad 2 mln widzów, co jest wynikiem imponującym, lecz tylko do chwili, kiedy uświadomimy sobie, że horror Piestraka wchodził na ekrany w czasach, w których konkurencja nie była tak zażarta jak dziś. I tylko brakiem lub opóźnieniem premier zachodnich i hollywoodzkich filmów można tłumaczyć powodzenie produkcji polskiego reżysera. Jednak jego filmy przetrwały i cieszą się popularnością wśród widzów rozkochanych w filmowych patologiach. Pokazywana na Festiwalu Filmów Kultowych Wilczyca z niedopracowanym scenariuszem, złym, a w przypadku pierwszoplanowej postaci wręcz fatalnym aktorstwem, niesprawną reżyserią jest polskim przykładem kina złego smaku (czyt. kiczu). Miarą wielkości tej produkcji jest jej niedorzeczność i skala nawarstwiających się nieprawdopodobieństw i nielogiczności. Historia o zemście niewiernej małżonki na praworządnym mężu, wyprana została z tajemnicy i atmosfery charakterystycznych dla innych filmów respektujących zasady kina grozy. Jeśli już coś przeraża to brak panowania nad opowieścią, która zwyczajnie wymknęła się twórcom spod kontroli. Wilczyca to filmowe niedopatrzenie, upośledzone dziecię polskiej kinematografii, które… kocha się mimo lub właśnie ze względu na jej mankamenty. Poziom niedorzeczności wzrósł jeszcze bardziej w Klątwie Doliny Węży, która stara się sprostać poziomowi przygód Indiany Jonesa, do których wyraźnie się odnosi. I na tym wypada poprzestać, bo poziom realizacyjny filmu sytuuje się bardzo daleko od przyjętej normy. Dialogi drażnią uszy, efekty specjalne bawią, a cała opowieść zadziwia fabularną impotencją. Krzysztof Kolberger i Roman Wilhelmi robią co mogą, lecz i tak, źle poprowadzeni przez reżysera, wypadają na ekranie niezwykle słabo. To i tak największe plusy opowieści tonącej w oparach idiotyzmu. I jak tu nie kochać polskiego kina…


