Roger Corman
Robert Altman, Charlie Chaplin, Andrzej Wajda należą do elitarnego grona wybrańców uhonorowanych Oscarem za całokształt twórczości. Każdy z nich stworzył przynajmniej jedno epokowe dzieło, które wstrząsnęło filmowym światem i po wsze czasy zapewniło jego autorowi artystyczną nieśmiertelność. Do tego zaszczytnego klubu, którego członkowie dzierżyli w dłoniach honorowego Oscara, należy również Roger Corman, który jednak nie zrobił dzieł tej miary, co Gracz, Gorączka złota, czy Ziemia obiecana. Jako reżyser podpisał się natomiast pod rozpalającymi ciekawość tytułami w rodzaju Człowiek z rentgenem w oczach, Atak potwornych krabów, czy też zrealizowany wspólnie z Davidem Kramarskym Potwór z milionem oczu. Brzmią one na tyle niedorzecznie, że ich zestawianie w jednym rzędzie z utworami wyżej wymienionych laureatów Oscarów nie ma większego sensu. A jednak Roger Corman statuetkę za całokształt zgarnął, czego nie udało się nigdy osiągnąć na przykład Stanleyowi Kubrickowi, którego talent raczej nie budzi wątpliwości. Na czym więc polega wyjątkowość Cormana – reżysera prawie pół setki filmów i producenta, jak podają wybrane źródła, 500?
Mimo Oscara Hollywood to zupełnie nie jego bajka, choć do jej podtrzymania Corman w znacznym stopniu się przyczynił. Coppola, Scorsese, Bogdanovich, Fonda, Nicholson, de Niro, którzy zapisali się w historii kina wielkimi literami, swoje pierwsze kroki stawiali właśnie u Rogera Cormana, który zapewnił im funkcjonowanie w zawodzie i otoczył artystyczną opieką. I chociaż po latach Jack Nicholson powie o pracy z nim: Roger zatrudniał nas wtedy, kiedy nikt nas nie zatrudniał, i za to będziemy mu wiecznie wdzięczni. Opłacał nas marnie i za to on będzie nam wdzięczny to i tak nie zdoła umniejszyć roli, jaką autor Krwawej mamy miał w rozwoju jego kariery. Czy jednak tylko opieką nad początkującymi artystami można uzasadnić wybór Cormana na laureata honorowego Oscara? Byłoby to krzywdzące, bo to tylko jedna z wielu zasług, jakie ofiarował kinu.
Szczególnemu rodzajowi kina – dodajmy. Corman stworzył podwaliny całego przemysłu nazywanego kinem klasy B, który w oryginalnej postaci spotkamy jedynie w Stanach Zjednoczonych. Sam tworzył, ale i pomagał tworzyć produkcje drugiego sortu, których ambicją na pewno nie było osiągnięcie poziomu hollywoodzkich blockbusterów, bo te, przy wszystkich ich atutach, zawsze były bardziej koniunkturalne i zachowawcze. Corman mógł pozwolić sobie na więcej i wcale nie dlatego, że miał do dyspozycji środki o jakich mogliby tylko pomarzyć hollywoodzcy fabrykanci. Przeciwnie. Wszystkiego miał za mało, dlatego bywało, ze realizacja jednego filmu trwała… dwa dni, scenografię przenoszono z jednego planu na drugi (albo zostawiali na tym samym realizując w niej jednak zupełnie inny film), a scenarzyści swoje historie pisali na kolanie (wśród nich często nie byli „jacyś tam” scenarzyści, ale późniejsi autorzy literackich podstaw np. Chinatown). Zawrotne tempo i sprowadzony do minimum komfort pracy musiały się odbić na jakości tych filmów, jednak to właśnie ich mankamenty i niedociągnięcia powodowały, że cieszyły się takim wzięciem. Brak środków uruchamia przecież wyobraźnię, tutaj nie hamowaną przez żadną hollywoodzką cenzurę. Pozwalano więc sobie na więcej, a im było mocniej i dosadniej tym ciekawiej dla widza, który przecież wykładał w kasie kilka centów na bilet. Jak widać produkcja tanich i niezwykle szybko realizowanych filmów stała się opłacalna, skoro po latach Roger Corman napisze autobiografię pod jednoznacznie brzmiącym tytułem Jak zrobiłem sto filmów w Hollywood i nie straciłem ani centa. Nazwa Fabryki Snów nie znajduje w tym miejscu uzasadnienia, bo Corman przecież był związany nie z wielkimi wytwórniami, lecz niezależną American International Pictures. Tytuł książki nie pomija jednak wykonywało wiele. I tak Francis Ford Coppola zdradził po latach: Robiłem u Cormana wszystko: byłem asystentem, pisałem dialogi, sekretarzowałem na planie, sprzątałem mu garaż, byłem ogrodnikiem. W tej ironizującej wypowiedzi zapewne kryje się nieco przesady, ale prawdą jest, że Corman wyciskał ze swoich pracowników na planie siódme poty. Było warto, bo efekty były piorunujące.
Kino klasy B, którego królem określa się Cormana, ze swoim pośpiesznym systemem produkcji, niskimi nakładami nie może być zrównane z filmami najgorszymi. Sposób realizacji chcąc nie chcąc musiał przełożyć się na efekt końcowy, lecz należy pamiętać, że w takich warunkach pracowali ludzie najczęściej utalentowani, spośród których kilku udało się później zrobić oszałamiającą karierę w Hollywood. Karierę zrobił też sam ich opiekun, a za najwyższe jego artystyczne osiągnięcie uznawane są adaptacje opowiadań Edgara Allana Poe. Na przestrzeni lat 1960 - 1964 Corman zrealizował osiem filmów nawiązujących do prozy słynnego autora opowieści niesamowitych. Nie były to wierne ekranizacje, lecz w zasadzie samodzielne utwory pośrednio tylko oparte na dokonaniach Poe, co też po wielokroć reżyserowi zarzucano, że posłużył się nazwiskiem popularnego prozaika wyłącznie w celach marketingowych (w jednym przypadku te zarzuty znajdują uzasadnienie, gdyż Corman oparł swój film na utworach innych prozaików). To co dla niektórych było wadą, dla innych stawało się zaletą. Zamiast odtwórczo kopiować w kinie literaturę Poe’go Corman rozwinął artystycznie jego koncepcje, rzucając na nie zupełnie nowe światło. Fabularna swoboda, z jaką scenarzyści poszczególnych filmów traktowali literacki pierwowzór, nie wpłynęła na nastrój filmów wyjęty wprost z powieści Poe’go. I tu, i tam mamy do czynienia z całkowicie fikcyjnym i umownym niesamowitym światem. Jego „sztuczność” Corman doskonale podkreślał stosując urzekającą sztuczną dekorację osadzoną w studio filmowym. Bohaterowie tych adaptacji, których liczba sprowadzona jest często do niezbędnego minimum, prowadzą swoje życie w niesamowitych przestrzeniach zamków albo pałaców, skrywających swoje tajemnice. Pajęczyny, robactwo, szkielety jeszcze bardziej podkreślają niesamowitość tych przestrzeni, w których śmierć unosi się w powietrzu. Strach nie jest wyłącznym celem Cormana. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że nie jest nim w ogóle, jeśli weźmie się pod uwagę, czym widownia była straszona w momencie, kiedy w kinach pojawiały się kolejne części cyklu. Dlatego bardziej niż groźnie jest niesamowicie, w czym duży udział mają nie tylko zabiegi estetyzujące, ale również ekspresyjne aktorstwo silnie związanego z cyklem – Vincenta Price’a (spośród ośmiu adaptacji nie wystąpił tylko w jednej – Przedwczesnym pogrzebie). Price to wizytówka całego filmu, aktor obdarzony niezwykłą charyzmą, który doskonale radzi sobie w roli męża cierpiącego po utracie żony (Grobowiec Ligei), podłego sadysty (Maska czerwonego moru) czy też świeżego małżonka opętanego duchem przodka (Nawiedzony pałac). Price z jego udającym zdziwienie ruchem brwi, charakterystyczną intonacją skradł te filmy. Nie dorównują mu zarówno ci mniej, jak i ci bardziej znani partnerzy z planu (wśród których jest i Boris Karloff, i Peter Lorre, i Barbara Steele). Vincent Price to aktorski unikat, którego arystokratyczna dekadencja znakomicie wpisuje się w cykl Cormana. To jednak nie jedyny członek filmowej załogi o nieprzeciętnym talencie. Za zdjęcia odpowiedzialny był Floyd Crosby, który wcześniej zgarnął Oscara za zrobienie ich do ostatniego filmu Friedricha Wilhelma Murnaua Tabu, a za W samo południe otrzymał za nie Złoty Glob. Z kolei scenarzysta kilku filmów cyklu – Richard Matheson napisał później m.in. scenariusz do Pojedynku na szosie S. Spielberga, a na podstawie jego opowiadania powstał popularny film Vincenta Warda Między piekłem a niebem. Wysiłek ich wszystkich sprawił, że powstał cykl całkowicie unikatowy, który doskonale roztacza atmosferę niesamowitości i grozy nie uciekając się do tanich chwytów wyjętych z kina gore.


